Przetłumaczyłeś i „coś poszło nie tak”? Nie pozwól, żeby zbyt dosłowne tłumaczenie popsuło wizerunek Twojej firmy!

Każdy chce być „sexy, fresh i trendy”, a zwłaszcza firmy, które chcą przekonać jak największą liczbę potencjalnych klientów do skorzystania z ich oferty. A oferta ma być na topie, rzucać się w oczy i wpadać w ucho.

Język angielski jest „cool” i bardzo chcemy go używać, żeby pokazać jacy to jesteśmy fajni, więc warto skorzystać z naszych usług lub kupić nasz produkt. PR-owcy dwoją się i troją, żeby wymyślić chwytliwe hasło reklamowe lub sprytnie wykorzystać gotowy angielski slogan.

Kopalnią pomysłów są serwisy z memami, które już stały się nieodłącznym elementem kampanii promocyjnych online – intrygują, zachęcają do kliknięcia, polubienia fanpage’a, czy po prostu pokazują, że marka jest fajna, bo publikuje fajne wpisy.

A gdy chcemy przetłumaczyć…

No właśnie. I tu zaczynają się schody. Mamy świetne hasło reklamowe po angielsku, które jest powszechnie rozpoznawalne i zawiera konkretny przekaz, pasuje do różnych sytuacji. A my bardzo chcemy je przetłumaczyć, żeby dotrzeć do jak najszerszego grona polskojęzycznych klientów.

Takie tłumaczenia wychodzą jednak, hm… różnie. Na przykład tak:

"looks legit" jako "wygląda legitymacyjnie" na Facebooku

No, „zrobiłeś mój dzień”, serio… (ang. YMMD, you made my day).

Kalkom mówimy stanowcze nie!

Kalki językowe to koszmar filologa i wstyd dla PR-owca – nie reklamujcie się w ten sposób. Pomijając fakt, że jest to po prostu błąd, taki zabieg odbiera oryginalnemu słowu czy frazie jej wdzięk i atrakcyjność, tworzy ciężkostrawną hybrydę językową.

Zatem – jak żyć? Albo zostawić słowa w ich oryginalnym brzmieniu i tak zaprojektować kampanię, żeby jej wydźwięk był jasny i oczywisty dla wszystkich albo… znaleźć dobrego tłumacza (jeśli nie wiecie gdzie szukać, chętnie pomożemy) ;).

Bo w życiu nie ma nic gorszego niż tanie piwo, kiepska kawa i złe tłumaczenie.

(Visited 247 times, 1 visits today)
Anna Gargula
Anna Gargula